Towarzystwo Przyjaciół Nauk

Menu

Strona Główna
Aktualności
1% na rzecz TPN
Cele, struktura władze
Historia
Działalność TPN
Wyprawy na Kresy
Biblioteka Naukowa TPN
Biblioteka Narodowa
Oferta wydawnicza
Przemyśl w fotografii archiwalnej
Artykuły, komunikaty
Biogramy
Linki

Kontakt

TOWARZYSTWO PRZYJACIÓŁ NAUK W PRZEMYŚLU
ul. Kościuszki 7, 37-700 Przemyśl
tel. 016-678-56-01
nr NIP 795-10-56-512
nr KRS 0000127870
nr konta bankowego:
46 2030 0045 1110 0000 0090 6130
e-mail: tpntpn@wp.pl

Statystyki

Aktualnie użytkowników przegląda stronę którą odwiedziło już internautów.
Ostatnia aktualizacja dnia 23 czerwca 2010 roku o godz 11:59.

 

TOWARZYSTWA PRZYJACIÓŁ NAUK W PRZEMYŚLU
WYPRAWY NA KRESY

BIAŁY SŁOŃ, CZYLI OBSERWATORIUM ASTRONOMICZNE NA POPIE IWANIE

    Obecnie ruiny przedwojennego Obserwatorium Meteorologiczno-Astronomicznego były najwyżej położonym, stałym zamieszkałym punktem (wyżej Kasprowego) II Rzeczypospolitej.
    Z propozycją budowy obiektu w marcu 1935 r. wystąpiło Towarzystwo Przyjaciół Huculszczyzny, a poparcia temu zamiarowi udzieliły Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej (LOPP) oraz Państwowy Instytut Meteorologiczny (PIM). Pomysł był, ale dylematy dotyczyły lokalizacji, czy na Popie Iwanie, czy na Howerli. Ostatecznie zdecydowano się na Popa Iwana (trzeci co do wysokości (po Howerli i Brebeneskule) szczyt na południu pasma Czarnohory – 2022 m npm.) Decyzję o lokalizacji i budowie w roku 1935 zaaprobowała Państwowa Rada Ochrony Przyrody. Uruchomiona została machina propagandowa. Na temat budowy obserwatorium rozpisywała się prasa w całej Polsce. Całemu przedsięwzięciu patronował prezes LOPP, gen. Leon Berbeci, który wyznaczył pełnomocnika odpowiadającego za przygotowanie budowy. Jesienią 1935 r. na szczycie zgromadzono około 1500 m3 kamienia budowlanego i przygotowano drogi dojazdowe. W projekcie architektonicznym, jako wzorzec wykorzystano bryłę architektoniczną „starego zamku kazimierzowskiego” w Przemyślu. W grudniu 1935 r. przyjęto do realizacji projekt inżynierów architektów Kazimierza Marczewskiego i Jana Pohoskiego z Biura Regionalnego Podhala i Huculszczyzny.
    Kamień węgielny wmurowano 5 września 1936 r. Gmach Obserwatorium miał (obecne ruiny nadal go zachowują) kształt litery L z wieżą wyposażoną w kopułę astronomiczną. Budynek składał się łącznie z 5 kondygnacji, 43 pomieszczeń i 57 okien).
    Główny poziom zajmował hall, mieszkanie kierownika i pokoje personelu. Pierwsze piętro stanowiła jadalnia, świetlica, biuro, pokoje gościnne i pomieszczenia radiostacji. Drugie piętro zajmowała sala z instrumentami meteorologicznymi. Dwa dolne – opalana mazutem kotłownia, agregaty prądotwórcze i 240 akumulatorów oraz szereg pomieszczeń gospodarczych. Brak było wodo-ciągu. Wodę gromadzono specjalnych zbiornikach na deszczówkę i stopiony śnieg. Zwrócono uwagę na izolację termiczną ścian. Metrowej grubości ściany z miejscowego kamienia opopielono trzycentymetrową warstwą korka i cegłą wchłaniającą wilgoć. Wspomniane 57 otworów okiennych zaopatrzono w potrójne okna. W wieży o dwumetrowej grubości murów umieszczono główny przyrząd astronomiczny – astrograf o średnicy 33 cm wraz z lunetą 25 cm i szukaczem 7 cm. Koszt budowy wyniósł około 1 mln złotych. Transport ze stacji kolejowej w Worochcie (70 km) odbywał się konno i na plecach ludzi. Przemieszczono w ten sposób ponad 800 ton ładunków. Paliwo – 5 cystern rocznie) transportowano na szczyt końmi. Żywność dostarczana była przez Hucułów dwa razy w tygodniu. Chleb wypiekano na miejscu.
    Otwarcie obserwatorium nastąpiło 29 lipca 1938 r. Na uroczystość przybyli marszałek Senatu Aleksander Prystor, wiceminister komunikacji inż. Jerzy Piaseczki, gen. Leon Berbeci – prezes LOPP.
    Oddział Meteorologiczny Obserwatorium im. Józefa Piłsudskiego podlegał Państwowemu Instytutowi Meteorologicznemu, który ponosił główne koszty eksploatacji. Obsadę w latach 1938-1939 stanowił kierownik mgr Władysław Midowicz z rodziną oraz 5 stałych pracowników naukowych i 5 osób personelu pomocniczego.
    Wśród turystów i Hucułów o Popie Iwanie krążyły liczne legendy, iż pod obserwatorium mieściło się tajne lotnisko oraz placówka II Oddziału Sztabu Generalnego WP, skierowana przeciwko ZSRR.
    18 września 1939 r. cały personel opuścił Obserwatorium i zszedł na granicę węgierską. Zabrano cenniejszy sprzęt i wyniki obserwacji. Kierownik stacji Midowicz zniszczył radiostację oraz zawartość sejfu.
    Do czerwca 1941 r. prace meteorologiczne prowadzili tutaj sowieci. Po ich odejściu miejscowa ludność rozszabrowała wyposażenie budynku. Elementy optyczne astrografu znalazły się w Ostrowiku pod Warszawą oraz w Planetarium Śląskim w Chorzowie.
    [Stan obecny budynku przedstawia się zadziwiająco dobrze. Brak na wieży kopuły, chociaż do dzisiaj pozostały metalowe podstawy do montowania przy-rządów naukowych. Oczywiście brak jest jakichkolwiek okien, całość jest zaśmiecona i zanieczyszczona. W piwnicach zachowały się elementy wyposażenia kotłowni, w tym spore elementy metalowych kotłów. Od strony wschodniej, a więc głównej drogi dojazdowej, a właściwie wspinaczkowej, nad wejściem zachowały się dobrze widoczne fragmenty polskiego godła państwowego (skrzydła orła są dosyć dobrze widoczne). Zachowały się klatki schodowe i praktycznie wszystkie ciągi komunikacyjne. Uzupełnienie: Lucjan Fac].

Jerzy Radomski

 

O BIAŁYM SŁONIU NA CZARNOHORZE
(OBSERWATORIUM METEOROLOGICZNO-ASTRONOMICZNE)

    Nigdy nie było całkowicie jasne, kto był głównym „sprawcą” Obserwatorium Meteorologiczno-Astronomicznego PIM na Czarnohorze, które w tych niełatwych i ubogich latach przedwojennych kosztowało milion złotych wydanych z funduszów społecznych, z czego większość płatna w dewizach przemysłowi brytyjskiemu. To ostatecznie stało się powodem owej dziwnej nazwy – Biały Słoń. Głównym promotorem budowy byli najprawdopodobniej astronomowie warszawscy, którzy rozglądali się za miejscem o wystarczająco czystym powietrzu, a także o stosunkowo rzadkim zachmurzeniu. Tego ostatniego, niestety, nie brakowało od jesieni do wiosny na graniach Czarnohory i ten, kto ją doradził, nie wydawał się być wystarczająco obeznany z klimatem Karpat Wschodnich.
    Meteorologia światowa pod koniec lat trzydziestych opierała się coraz bardziej na radiosondach wypuszczanych z wybranych punktów na duże wysokości i poczynała traktować obserwatoria wysokogórskie raczej jako miejsca specjalistycznych badań klimatu, a także magnetyzmu ziemskiego, promieniowania kosmicznego itp. Ale w II Rzeczypospolitej, szczególnie w latach trzydziestych, pewna ilość starszych generałów chętnie zajmowała się problemami natury nie wojskowej, jak szlachtą zagrodową, Huculszczyzną, wyimaginowanymi koloniami w Afryce czy Brazylii, a przewodniczący ówczesnej Ligi Ochrony Powietrznej Państwa (LOPP), z górą 60-letni generał Berbecki popierał astronomię i to dość klasycznego gatunku.
    Administrację całego obserwatorium, ze względu na wysoki koszt utrzymania tak wysoko położonej placówki, zlecono bez dyskusji Państwowemu Instytutowi Meteorologicznemu, który szybko doszedł do przekonania, że przyszły kierownik tego „białego słonia”, poza wykształceniem zawodowym, musi być człowiekiem gór, szczególnie doświadczonym w zaopatrywaniu tego typu obiektów w dużą ilość paliwa i żywności, a także w miarę możności – kimś urodzonym w tamtych stronach, a więc znającym Huculszczyznę i władającym językiem ukraińskim.
    Stąd wybór mej zupełnie przeciętnej i młodocianej osoby (liczyłem 30 lat), ściągniętej, względnie zwerbowanej przez centralę PIM prosto ze schroniska PTT na Babiej Górze, gdzie od 5 lat reorganizowałem gospodarkę turystyczną, zwłaszcza narciarską, równocześnie przygotowując teren pod przyszły park narodowy.
Poczynając od połowy grudnia 1937 r. wyjeżdżałem kilkakrotnie z Warszawy do obserwatorium, gdzie bytował późniejszy starszy mechanik Wł. Szewczyk, pilnując centralnego ogrzewania suszącego świeże mury. Z początkiem lipca 1938 r. przybyliśmy wraz z bagażem do wynajętej bazy obserwatoryjnej w Żabiem Jaworniku. Transportu w postaci kilku ciężarówek udzielił 49 Pułk Strzelców Huculskich w Kołomyi, którym dowodził znany działacz narciarski płk. dypl. Władysław Ziętkiewicz. Pod koniec sierpnia odbyło się formalne otwarcie obserwatorium, rozpoczęte tuż przed przybyciem kilkudziesięciu gości z Warszawy niezwykłą wręcz awanturą, zrobioną prowadzącemu budowę architektowi przez gen. Berbeckiego, który przybywszy o godzinę wcześniej wpadł we wściekłość widząc niektóre niedokończone partie wnętrza, mimo niedawnych i uroczystych przyrzeczeń, że klucze do całkowicie wykończonego obiektu zostaną oddane tuż przed uroczystością. Tę gradową chmurę i „takiesynowanie” rozlegające się przez wszystkie piętra, rozładował w jakimś stopniu pokaz naszych instrumentów oraz bogatego ekwipunku wysokogórskiego porozkładanego na stołach meteorologicznej części budynku, a także zielone chodniki kokosowe rozciągnięte przez korytarze parteru i pierwszego piętra. By zatrzeć wrażenie, jakie czyniły nie dokończone parkiety i tynkowania tego dużego i nieco skomplikowanego budynku, objąłem oprowadzanie oficjalnych gości tylko po najciekawszych zakątkach obiektu. Szczególne wrażenie czyniły najpiękniejsze chyba widoki w kraju, oglądane z tarasów Obserwatorium.
    Przyjęcie (obiad) na miejscu organizował jakiś „profesor” z Warszawy, podobno dawny plutonowy i ordynans Berbeckiego z Legionów, który objął także dostawę „stylowego” umeblowania dla Obserwatorium. W rezultacie szafy sklecone z politurowanej dykty doszły na szczyt góry w stanie dość żałosnym, a „pan profesor” opuściwszy obiekt pod wieczór, zabrał cichaczem na huculskim koniku dwie pękate walizy nie otwartych koniaków i kilkanaście talii nie rozpieczętowanych kart do gry.
Sam obiad, wydawany w dwóch salach, przebiegał dość oryginalnie. W dolnej sali goście podrzędniejszej klasy otrzymywali go w postaci dużej ilości zakąsek i alkoholu. W górnej sali natomiast sanacyjne towarzystwo z marszałkiem Prystorem na czele zdążyło zjeść zupę, a kilkunastu otrzymało z dużym opóźnieniem nawet pieczyste, gdy nagle zagrzmiało siarczyście i Prystor podniósł się natychmiast, wzywając wszystkich do powrotu, jeśli nie chcą dotrzeć do Kołomyi przemoczeni do nitki (do podnóża zjeżdżali na huculskich konikach). Ten grzmot burzowy okazał się rzeczywiście opatrznościowy, bo zorganizowana przez „profesora” obsługa we wzorzystych strojach huculskich wynosiła większość ogromnych półmisków z kuchni wprost do dużej gromady kumotrów zalegającej na stoku poniżej. Tak więc uniknęło się jeszcze jednego wulkanicznego wybuchu wściekłości generalskiej, nie mówiąc już o skandalu.
    Następnego dnia Berbecki zjechał z resztą świty, a ja pozostałem z owym „białymsłoniem” na rękach. Generał żegnając się ze mną z uśmiechniętym obliczem, rzekł: Osobiście bardzo panu magistrowi dziękuję za uratowanie sytuacji i to wobec tak dostojnego grona i nie wątpię, że da pan tu sobie radę doskonale, zwłaszcza z tak dobrą gospodynią jak pana żona, która nam tu wszystkim bardzo przypadła do serca.
    Obserwatorium było gmachem w kształcie litery „L”, składającym się z 5 kondygnacji (w tym dwie wykute w szczycie góry) i pięćdziesięciu kilku pomieszczeń różnych rozmiarów. Posiadało własną siłownię (dwa agregaty Diesla) i akumulatorownię (240 akumulatorów), zespół pomp elektrycznych i centralne ogrzewanie wodne z kotłów opalanych ropą wtryskiwaną przez zapłony elektryczne. Celem zaopatrzenia w roczny zapas paliwa przyjeżdżał do Kut (stacja końcowa), tranzytem przez ówczesne terytorium rumuńskie, krótki pociąg cysternowy z borysławskiego „Polminu”, po czym przepompowywało się ropę w kilkaset stalowych beczek i przewoziło ciężarówkami przez Kosów i Żabie do podnóża masywu, skąd na półwózkach zaprzężonych w parę koni cały szwadron Hucułów wywoził ją przez kilka tygodni po dość nędznym płaju do Obserwatorium. Wedle zestawień wylatywało kominami naszej kotłowni ponad sto ówczesnych złotych dziennie.
Tu należy zaznaczyć, że Zakład Astronomii Uniwersytetu Warszawskiego partycypował w rocznym koszcie utrzymania li tylko symboliczną kwotą, utrzymując okresowo jednego ze swych asystentów (głównie dra Włodzimierza Zonna), który przeprowadzał badania nad fizyką gwiazd, dokonując każdej pogodnej nocy licznych zdjęć naszym astrografem z angielskiej firmy „Grubb and Parson”, składającym się z teleskopu wizualnego oraz astrokamery, o soczewkach średnicy, ok. 62 cm.
    Obserwatorium było najwyższym zamieszkałym punktem w kraju i z wyjątkiem małego schroniska AZS (gospodarz – Ludwik Ziemblic) odległego o pół godziny drogi, stało na absolutnym odludziu. Najbliższa agencja pocztowa i je-dyny sklepik znajdowały się w odległym o 20 km Żabiem-Zełenym, od najbliższego lekarza w Żabiem-Słupejce dzieliło nas 50 km, a od stacji kolejowej w Kołomyi z górą 120 kilometrów. Przy możliwej pogodzie najpopularniejsza była wielogodzinna wędrówka głównym grzbietem Czarnohory do doliny Foreszczenki, gdzie oczekiwała leśna drezyna motorowa z Worochty, zamówiona radiotelegraficznie via Stanisławów.
    Ten „pałac na Czarnohorze”, jak go nazywał prof. Z. Klemensiewicz, posiadał jeden, ale bardzo zasadniczy brak: mianowicie wodę w okresie posuchy trzeba było donosić z odległego 6 i pół kilometra źródła, bo LOPP wydawszy milion złotych na cały obiekt wraz z zaopatrzeniem nagle postanowiła zaoszczędzić 40 tysięcy na nie zainstalowanym rurociągu z dwiema pompami elektrycznymi. W takim bezdeszczowym okresie do picia i kuchni wystarczały dziennie dwa wiadra przyniesione na „koromysłach”, a do osobistego użytku trzeba było racjonować do pół litra na osobę. Zimą używało się specjalnego topnika śniegowego podłączonego do centralnego ogrzewania.
    Na życzenie dyrektora PIM musiałem przyjąć na wyżywienie cały personel, włączając w to placówkę ochronną Straży Granicznej, łącznie 16 osób. Obserwatorium posiadało oczywiście własnego kucharza, później kucharkę i woźną, a także bardzo obrotnego i miłego Hucuła zwanego „Czarnym Jurą”, który donosił na nartach dwa razy w tygodniu nabiał i świeże mięso, a także wynajmował się do polerowania kilkuset metrów kwadratowych parkietów. Podobnie, za specjalną dopłatą dochodził z Zełenego dwa razy w tygodniu listonosz, który był równocześnie niezłym fryzjerem i chwalił sobie wygodny nocleg wraz z kolacją i śniadaniem.
W warunkach klimatycznych Czarnohory, szczególnie zimą, należało organizować życie i pożycie grupy kilkunastu osób trochę na wzór wypraw polarnych czy też ekspedycji w wyższe góry świata. A więc traktować wszystkich jednakowo i jak najprzyjaźniej, żywić dobrze, dbać o pewne wygody, a nawet jakieś drobne przyjemności i zwalniać co kilka tygodni na parodniowe urlopy w pobliskie okolice. Ten mój ostatni dezyderat został zatwierdzony przez biuro personalne Ministerstwa Komunikacji, do którego jako jeden z departamentów przynależał PIM. Podobnie przyznano wszystkim, choć z pewnymi oporami, specjalny dodatek wysokogórski.
    Ale pomimo tych starań nie udało się uniknąć kilku nie całkiem przyjemnych wydarzeń. I tak po kilkunastodniowym okresie ciężkiej niepogody zimowej, gdy kilkadziesiąt wentylatorów zawodziło monotonnie w ścianach wszystkich pomieszczeń (57), jeden z asystentów-meteorologów zaczął zdradzać zupełnie wyraźnie oznaki co najmniej rozstroju nerwowego i trzeba było przenieść go w jakieś łatwiejsze miejsce. Z kolei drogą radiotelefoniczną odbyła się w styczniu 1939 r. chyba jedna z pierwszych tego rodzaju konsultacji lekarskich, podczas której lekarz garnizonowy oraz ftyzjatra przyzwani do naszego drugiego radiotelefonu w Stanisławowie orzekli zgodnie, że jeden z naszych huculskich pomocników cierpi najprawdopodobniej na początki rozpadowej gruźlicy i należy go dostarczyć jak najprędzej do szpitala w Kołomyi. Jeszcze tego samego popołudnia zwieźliśmy go z gorączką, do podnóża, gdzie czekała zamówiona taksówka z Żabiego. Przed zjazdem spod Obserwatorium kazałem na jego prośbę obrócić sanki ratownicze tak, by mógł spojrzeć po raz ostatni na gmach, który wznosił przez kilka lat wraz z innymi, a którego już nie miał oglądać. Właśnie słońce zachodziło krwisto poza Alpy Rodniańskie i wśród siarczystego mrozu niemal uroczysta cisza ogarniała Czarnohorę.
    Dla prawdziwych ludzi gór pobyt w Obserwatorium był bez wątpienia fascynujący. Wszędzie, aż po widnokrąg, grzbiet wynurzał się spoza grzbietu, szczyt spoza szczytu, grań spoza grani. Wielkie doliny obu Czeremoszów wiły się dziesiątkami kilometrów pod stoki Kopilaszu, oraz odległej Hnitezy i Perkałabu. Na południowym podnóżu lśniło jezioro klauzy Balzatul, a w głębiach rozwierała się dolina Cisy. Słoneczne wschody różowiły się na turniach Ineula, strażnika Gór Rodniańskich, a pod zachód żarzyły się rozległe granie Pietrosa, wszystko zakute w śniegi. Po którejś naremnicy śnieżnej na zachodniej ścianie budynku pozostała półmetrowa warstwa śniegu i lodu i we wszystkich pomieszczeniach z tej strony trzeba było świecić całymi dniami, aż żywioły uspokoiły się i można było przystąpić do odbijania tego „lodowca” długimi drągami.
W dużej sali jadalnej spożywaliśmy posiłki wszyscy razem, a do ostatniego dania musiała usiąść również obsługująca woźna, a podczas świąt także kucharka. Obserwatorium posiadało swe gościnne pokoje i przyjmowało niektóre osobistości ze świata naukowego, wojskowego i turystycznego, jako osobistych gości kierownika.
    Nasz „biały słoń” budził dość dużo podejrzeń, niekiedy wśród zupełnie inteligentnych i wykształconych ludzi. Wybudowała go LOPP, popierał minister spraw wojskowych (specjalista od Huculszczyzny), przejęło dwóch pułkowników – wiceministrów komunikacji, radiotelefony instalował (celem sprawdzenia prototypu w warunkach wysokogórskich) wydział badań technicznych wojsk łączności, a Centrum Badań Lekarskich Wojsk Lotniczych szykowało się do założenia w Obserwatorium swego ośrodka badawczego. Potem ktoś puścił gadkę po Warszawie, że przeprowadzamy badania nad tzw. popularnie promieniami przeciwmotorowymi i nic już nie było w stanie odmienić naszej opinii wśród tysięcy turystów oraz Hucułów.
    Ci ostatni, naród skłonny do fantazji, stworzyli szybko kilka gadek, które kursowały po Pokuciu. Najbardziej powszechna twierdziła, że od czasu wybudowania Obserwatorium śnieg na południowym stoku góry topi się niemal od razu i że często, nawet przy silnych mrozach, podnoszą się stamtąd „opary”. Prawdziwy Pop, jak mówili, znajduje się głęboko we wnętrzu góry, a budynek stoi tylko dla pozoru, przykrywając podziemne lotnisko. Gdy „On” (taki był mój przydomek lokalny) naciśnie ukryty w ściennej skrytce pancernej guzik, to część podłogi jego biura zjeżdża w głąb góry jak winda. Inna gadka oczerniała nasz zelektryfikowany zespół teleskopów jako specjalne działo, z którego można ostrzeliwać wszystkie kraje okoliczne.
    A ja wraz ze swym personelem byłem za roztropny, by czemukolwiek zaprzeczać, a tym bardziej potwierdzać. Tworzące się bajki trzymały w jakimś stopniu w ryzach niespokojne żywioły w okolicy, a także, co może najdziwniejsze, otwierały szybko i uprzejmie drzwi władz starościńskich, a nawet wojewódzkich. Z tychże powodów nikogo nie dziwił ani irytował bezwzględny zakaz wstępu dla turystów, od których w przeciwnym wypadku trudno byłoby się opędzić, jak pouczał przykład z Obserwatorium na Kasprowym Wierchu. Dlatego wymagaliśmy przepustek podpisanych przez dyrektora PIM w Warszawie.
Najmilej bywało wieczorami w świetlicy, zwłaszcza gdy za potrójnymi oknami zawodziła dujawica czy burza śniegowa. Duży radiofon odbierał niemal pół świata, trzaskały piłeczki tenisa stołowego i tylko wychodzący co jakiś czas dyżurny meteorolog, mechanik, czy podoficer placówki granicznej świadczyli, że praca postępuje bez przerwy, a instrumenty i maszyny są w ruchu. Delikatne tykania zaznaczające się w radiu świadczyły, że wielki astrograf prowadzony elektrycznie przez chronometry posuwa się za swym obiektem niebieskim, fotografując bez przerwy. A po północy astronom rozpoczynał swe kręte wędrówki do kopuły, ciemni i pracowni, by przespawszy potem większość dnia wychynąć pod wieczór niczym jeż lub sowa.
Nasz radiotelefon funkcjonował bez zarzutu, niosąc kodowane depesze meteorologiczne oraz wiadomości i prośby w szeroki świat. Co kilka godzin zapalały się czerwone światełka i rozlegała wywoławcza zapowiedź: Halo Stanisław! Halo Stanisław! Mówi 59! Mówi 59! Przechodzę na odbiór – słucham! A odbierano go dobrze i głośno, bo po pewnym czasie okoliczni mieszkańcy Stanisławowa wysłali swego rodzaju deputację do obsługującej nas grzecznościowo Kompanii Łączności, żaląc się, że wieczorami na poważnej części rejestru ich odbiorników słychać głównie Czarnohorę i niewiele więcej.
    Wiosną wielka sala instrumentalna na najwyższym piętrze tonęła w powodzi słońca. Czarnohora i Rodna bieliły się jeszcze wysokimi firnami, a „Stanisław” mówił przez radio o dojrzewających w mieście wczesnych czereśniach i pachnących wszędzie bzach i jaśminach.
    Rok1939 był rokiem największego zbliżenia się do Ziemi planety Mars. Co wieczora płonął on na niebie czerwonym odblaskiem, a dyżurny astronom zużywał coraz większe ilości niskoczułych klisz. Wieczorami snuły się rozmowy na temat wszechświata.
    Z wyżyn tych sprowadzał nas na ziemię 6-letni Jacek, który przysiadłszy się do dwumetrowego KOP-isty zerkał z uznaniem na jego karabinek i lornetę, opowiadając mu ostatnio przeczytane bajki: ...i rozzłoszczony świniopas zatrzasnął drzwi swojego państwa, zostawiając płaczącą królewnę na ulewnym deszczu... Po wszystkich okolicznych grzbietach rozciągały się resztki umocnionych pozycji z pierwszej wojny światowej. Resztki krętych okopów z pozapadanymi dobiegami, powalone zasieki, kupki łusek karabinowych, resztki poplamionych bandaży i przycupłe tu i ówdzie małe cmentarzyki na stokach. W gąszczu pod Hnitezą tkwi całkowicie zachowany okop, z przerdzewiałymi granatami ręcznymi leżącymi w pogotowiu na parapetach. Jego załoga przed blisko 25 laty widocznie opuściła go w wielkim pośpiechu.
    Młodszy z naszych astronomów polował zawzięcie na nowe komety, przeszukując widnokrąg o zmierzchu specjalną lunetką ustawioną na górnym tarasie. Czynności te zakłócił mu starszy mechanik, który na ciężkim trójnogu szukacza osadził z dniem 31 sierpnia przeciwlotniczy karabin maszynowy, oświadczając z łobuzerskim uśmiechem: ślus z kumetami, panie Skoczygwiazda, bo tu insze frajery pojawią się na niebie lada dzień!
Gdy drugiego września powróciłem do Obserwatorium z wyjazdu służbowego, nasz radiotelefon milczał, bo Obsługująca go w Stanisławowie Kompania Łączności wyruszała na front. Doprowadzoną w ostatnich dniach linią napowietrzną wysyłaliśmy depesze do radiostacji Straży Granicznej w Kołomyi, która była naszym łącznikiem z szerokim światem.
    W pozornie kamiennym spokoju ubiegały pierwsze dni września. Ciemnoniebieskie żarówki tliły się w przejściach i w radiostacji. W związku z fałszowaniem przez wroga lotniczych znaków rozpoznawczych, Obserwatorium ostrzegało okoliczne lotniska, że może ostrzelać każdy samolot krążący w pobliżu i martwa cisza na niebie otaczała nas aż do 18 września. W połowie miesiąca poleciłem wykręcić wszystkie potrójne soczewki oraz uzbrojenie astrografu i przygotować do konnego transportu.
    Dzień 17 września, dżdżysty i przenikliwy aż do południa, zakończył chyba najpiękniejszy zachód słońca, jaki kiedykolwiek oglądałem z grani Czarnohory. Strzępki mgiełek drgały nad północnymi dolinami, a liliowa zorza długo paliła się na stokach Ineula. W zapadającym mroku podszedł do mnie przodownik Straży Granicznej i powiadomił, że na otrzymany przed chwilą rozkaz mają opuścić Obserwatorium, udając się ku Uścierykom i granicy rumuńskiej. Tak samo placówka Obrony Narodowej.
    Chmury zagarnęły Czarnohorę ponownie i pozostaliśmy sami. Telefon milczał, a noc schodziła na pakowaniu. Świt wstał deszczowy i blady, i tylko tu i ówdzie odsłaniały się fragmenty dolin. Wiadomości radiowe podawane przez zagraniczne stacje nie pozostawiały wątpliwości.
Po wspólnie spożytym posiłku rozebrałem radiotelefon i wyniósłszy na dziedziniec rozbijałem jego części młotem, zgodnie z posiadanymi rozkazami „mob”. Patrząc jak w trzaski rozlatywały się lampy, przetworniki, kondensatory i różne cudeńka, Huculi czekający obok z jucznymi końmi trącali się łokciami, szepcząc: Wże kineć! (Już koniec).
    A koniec zbliżał się miarowym krokiem. Obszedłem cały budynek, otwierając przed wyjściem skrytkę pancerną i blokując przełączniki na tablicach rozdzielczych siłowni i kotłowni. Wreszcie przywołałem Czarnego Jurę, mówiąc po ukraińsku, by nie było wątpliwości: Schodzimy do Balzatulu i gwarantuję wam wszystkim nietykalność od Węgrów (którzy od kilku miesięcy okupowali Ruś Zakarpacką). Gdy powrócisz tu jutro, wystawisz z tarasu dużą flagę – tylko jej pas czerwony – by uchronić Obserwatorium od rabunku przez miejscowych. Zostawiam ci dwa mausery z amunicją i pisemne upoważnienie do zastrzelenia każdego, kto by usiłował włamać się do budynku przed nadejściem władz okupacyjnych. Z przygotowanych na zimę zapasów żywności wypłacisz chłopów od jucznych koni po powrocie – po worku cukru na głowę, a większość pozostałej żywności zabierzesz sobie do Żabiego. Miej się, chłopie, i nie daj się!
Jura ze łzami w oczach chciał mnie ująć pod nogi – uścisnąłem go – jak brata. Po czym klucz zazgrzytał w kutych drzwiach wejściowych i cała karawana koni i ludzi ruszyła wzdłuż muru, przechodząc po kolei granicę państwa. Uklęknąłem całując mokrą ziemię. Wiatr zacinał przenikliwym deszczem i wielka kurtyna sinych chmur jakby opuszczała się za nami na granie Czarnohory.
    Przez rumowiska skalne i kotły schodziliśmy w głąb Rusi Zakarpackiej. Mały Jacek niosący w jednej rączce maleńką walizeczkę z najukochańszymi zabawkami, a w drugiej misia, przewracał się niekiedy na śliskich trawnikach, ale podnosząc się ze skrzywioną buzią, szedł dalej za końmi. Gdy po kilku godzinach obejrzeliśmy się u górnej granicy lasów po raz ostatni, gdzieś w podniebiu wyłoniła się z przewalających się grzbietem mgieł wysmukła wieża, na którą kładły się ostatnie promienie zachodzącego nad Marmaroszą słońca.

Władysław Midowicz
 

 

 

ZAMKI I FORTALICJE KRESOWE

    To, że od siedmiu lat udajemy się kilka razy w roku na wyjazdy po Kresach, to już nikogo nie dziwi, a wprost przeciwnie, organizacja wyjazdów kresowych stała się swoistą tradycją, której kontynuacja miała miejsce również w roku 2005. Hasłem wywoławczym wyprawy tym razem były „Zamki i fortalicje kresowe”. Na trasie objazdu znalazły się między innymi: Stare Sioło, Świrz, Rohatyn, Brzeżany, Podhajce, Mikulińce, Tarnopol, Skałat, Satanów, Sidorów, Gródek Podolski, Kamieniec Podolski, Rychty, Krzywcze, Kudryńce, Jazłowiec, Stanisławów, Halicz, Lwów.
    Wyjazd odbył się w dniach 21-24 lipca i wiódł trasą zamków i fortalicji zarówno województwa ruskiego jak i podolskiego. Często przeprawialiśmy się na obie strony Zbrucza, z małą wpadką pod Kudryńcami, gdzie zaufanie do logiki połączeń drogowych na Ukrainie, nawet dla nas, mających już w końcu pewne doświadczenie legło w gruzach. Niewątpliwie poszukiwania mostów z okresu dwudziestolecia międzywojennego to może być ciekawe, a wręcz nawet pasjonujące zajęcie, nie-mniej jednak mając Chocim na wyciągnięcie ręki musieliśmy wracać, aż do mocno sfatygowanych Rycht. Stąd dopiero do zamku Krzywcze oraz do Jaskini Kryształowej (22 km długości, z tym że trasa uzdatniona turystycznie wynosi 3 km). Niespodzianek tego typu w tym dniu mieliśmy więcej, z koniecznością wysiadania z autobusu włącznie. Niewątpliwie zdziwienie jakie wywoływał nasz, skądinąd sporych rozmiarów autokar na polnych drogach, gdzie komunikację utrzymują raczej ZIŁ-y, miało niewątpliwie swoje miłe strony. Świadczy jednak o tym, że podróżujemy po drogach i szlakach zupełnie nie uczęszczanych, dzięki czemu oglądnęliśmy wielokrotnie miejsca, o których inni pasjonaci kresów mogliby tylko pomarzyć. Nieważne stają się w tym momencie niewygody, bo nie o to tutaj chodzi. Fantastycznym zjawiskiem stała się mniej więcej ta sama grupa podróżująca wspólnie od 7 lat! Poznawana w roku 2005 dolina Zbrucza, jest jednym z najbardziej urokliwych zakątków polskich Kresów. Sam Zbrucz jest lewym dopływem Dniestru i liczy sobie 247 km długości. Jego znaczenie strategiczne wymaga nie-wątpliwie pogłębionych badań. W okresie staropolskim był wykorzystywany do zaopatrywania Kamieńca Podolskiego. Tutaj u zbiegu Zbrucza do Dniestru po traktacie buczackim w roku 1672 wybudowane (roboty przeprowadzono w 1692 r.) zostały Okopy Św. Trójcy, nawiasem mówiąc projektantem tych fortyfikacji był stolnik przemyski Marcin Kątski. W I rozbiorze Zbrucz stanowił granicę zaboru austriackiego, a w okresie międzywojennym część wschodniej granicy II RP. Zbrucz to również Światowid, którego posąg znaleziony został w 1848 r. i złożony w majątku Liczkowe. Stąd Mieczysław Potocki przewiózł posąg do Kociubińczyk, gdzie chciał ustawić go na specjalnym kopcu. Jednak chłopi z jego majątku wyraźnie dali mu do zrozumienia co o tym myślą. Jeśli postawi pan jakiegoś Turka, to my go w kawałki rozbijemy. Na całe szczęście ukazał się właśnie apel Towarzystwa Naukowego Krakowskiego, które zwróciło się z prośbą o przekazywanie starożytności do muzeum. Potocki odpowiedział na ten apel i… Światowid ze Zbrucza wyruszył furmanką do Husiatyna, a stąd do Krakowa, gdzie eksponowany jest obecnie w Muzeum Archeologicznym. Ten liczący 257 cm wysokości posąg po dziś dzień stanowi jedną z ciekawszych zagadek archeologicznych. Światowid był niewątpliwie magnesem przyciągającym nad Zbrucz, jednak usytuowanie zamków i fortalicji na stromych brzegach rzeki jest tak malownicze i pełne uroku, że obecnie to one stały, czy też staną się główną siłą przyciągającą turystów, miłośników Kresów.

    Wśród szeregu niezwykle ciekawych miejscowości chciałbym tutaj polecić szczególnie trzy, których ominięcie było by po prostu grzechem: Kudryńce, Sidorów i Satanów. Trzy niezwykle urokliwie położone miejscowości o przebogatej historii. Ze względu na usytuowanie, niewątpliwie na pierwszym miejscu należałoby postawić Kudryńce. Na grzbiecie skalistego cypla między Zbruczem a głębokim jarem posadowiony jest zamek w Kudryńcach. Widoczny z daleka, kiedy nie-opatrznie pojedziemy drogą na skróty do Zbrucza, a nie naokoło, dominuje nad doliną rzeki. Na drodze do niego znajdują się również wybudowane przez sowietów schrony bojowe Linii Stalina, która miała bronić sowieckiej granicy przed 1939 r. Kudryńce znajdują się na terenie powiatu borszczowskiego, zlokalizowanego w województwie tarnopolskim, na prawym brzegu Zbrucza, w odległości 9 km na wschód od stacji kolejowej w Iwaniu Pustym. Zamek został zbudowany na początku XVII wieku przez żołnierza Stefana Batorego, wojewodę ruskiego Mikołaja Herburta. Ten stronnik Zamojskiego, a następnie Zygmunta III, pod koniec życia w 1598 r. zmuszony został do banicji, mimo to nadal sprawował swój urząd, a do tego w 1601 r. sejm wyznaczył go na rewizora miejsc pustych na Podolu i Rusi. Tutaj też, należałoby się doszukiwać lokacji kudrynieckiego zamku. Wzniesiony został z kamienia i cegły na planie nieregularnego, zwężającego się stosownie do konfiguracji terenu czworoboku z trzema basztami. Zachodnia część murów flankowana była przez dwie z nich, z tego jedna ta od strony Zbrucza była basztą bramną. W 1672 r. Turcy zdobyli zamek kudryniecki, który odzyskał dopiero w 1683 r. hetman Andrzej Potocki. Obronność miejsca, dobry stan murów i przede wszystkim położenie w niedużej odległości od Kamieńca, uczyniły go, podobnie jak Okopy, bazą wypadową przeciwko trzymanemu w rękach tureckich Kamieńcowi. Po pokoju karłowickim utracił swoje znaczenie i przekształcony został przez swoich właścicieli Humięckich na warowną rezydencję. Zamek popadł w ruinę po przejęciu przez nową rodzinę Bartfeldów, którzy nawet przystąpili do częściowej jego rozbiórki. Najdłużej utrzymała się trzecia baszta, na cyplu nad jarem, która runęła dopiero na początku XX w. Obecnie jest to niezwykle malownicza ruina, a samo miasteczko jedynie z nazwy może przypominać okresy swojej świetności. Ocalałe filary mostu z dwudziestolecia międzywojennego i przerzucona na nich jedynie kładka dla pieszych, świadczą również o granicy i przejściu, które funkcjonowało tutaj do 1939 r. Sama miejscowość jako Juryńce znajdowała się już po sowieckiej stronie. W ruinach zamku pozostających pod opieką Korpusu Ochrony Pogranicza, zainstalowano wtedy biuro informacji turystycznej i małe muzeum regionalne. Dodatkową zagadkę może stanowić obraz Matki Boskiej w Tuligłowach, k. Pruchnika pod Przemyślem, który trafił tutaj, na teren ziemi przemyskiej, właśnie z Kudryńców, pytanie oczywiście z których. Jest to niewątpliwie pytanie i zagadka, którą postaramy się wyjaśnić w tym roku.

    Następną perełką w dolinie Zbrucza jest położony na północ od Kudryńców, Satanów. Pierwsza wzmianka o tym mieście pochodzi z roku 1404, kiedy to tereny te podarował Władysław Jagiełło Pawłowi Szafrańcowi. Znany jest przywilej uzyskany przez następnego właściciela Satanowa Stanisława Odrowąża w roku 1444 na lokację tegoż miasta, z tym, że prawo magdeburskie Satanów otrzymał dopiero w 1641. Właścicielami Satanowa byli Odrowążowie do 1523 r., kiedy to majątek przeszedł w ręce Sieniawskich. Dzielił on losy kresów. Wielokrotnie atakowany mimo to oparł się wielu najazdom i zagrożeniom szczególnie tatarskim. W 1651 r., szczęście go opuściło. Potężne siły kozackie zmierzające pod Beresteczko zdobyły i Satanów, złupiły miasto i zrujnowały zamek. Był również Satanów elementem „hańby buczackiej”. W 1676 roku został obsadzony przez wojska tureckie, które pozostawały w nim do 1699 r. Zamek odbudowali Sieniawscy w 1724 r., jednak właścicielami pozostawali do połowy XVIII w. W XIX wieku zamek popadł w ruinę, a część jego terenu została zajęta przez pobliską cukrownię. Ta odznaczyła go „wspaniałym” kominem, który jak czyrak przyozdobił niezwykle malowniczą nadzbruczańską ruinę. Dzisiaj możemy oglądać kurtynę północno-zachodniego muru i resztki dwóch flankujących go baszt oraz fragmenty okrągłej baszty, wznoszące się do wysokości czwartej kondygnacji. Ruiny zamku nie są jedyną atrakcją Satanowa. Przepiękna, również malowniczo położona poza murami miasta obronna synagoga, uznawana jest za naj-starszy tego typu obiekt na Podolu i Wołyniu. Obiekt absolutnie unikatowy, pod każdym względem zasługujący na obejrzenie. Krótki i rzeczowy opis, nie-odłącznego Tokarskiego: Zbudowana jest z łamanego kamienia, z masywnymi przyporami, do głównego korpusu przylegają niskie i zapewne później dosta-wione przybudówki: od zachodu sień, od południa babiniec. Salę główną przykrywa sklepienie kolebkowe z lunetami. Oświetlają ją przesklepione półkoliście okna, rozmieszczone po trzy w ścianach wzdłużnych, po dwa w ścianach wschodniej i zachodniej. W attyce wieńczącej budynek umieszczono otwory strzelnicze. Wnętrze jest dziś całkowicie zdewastowane, zachowały się jedynie resztki Aron hakodesz, widoczne są malowidła je ozdabiające. Budynek jest w stanie ruiny. Niestety nie weszliśmy do środka, bo czas naglił, ale z pewnością przy innej okazji, trzeba to będzie zrobić koniecznie. Kirkut satanowski, ze względu na swoje położenie, może śmiało pretendować do miana najpiękniej położonego żydowskiego cmentarza kresowego. Po lewej stronie pod zboczem, na którym jest posadowiony, opływa go Zbrucz, na przedłużeniu natomiast grzbietu, na którym się rozciąga, znajduje się wspomniana wcześniej synagoga. Widok rozciągający się z tego miejsca na całą dolinę jest po prostu piękny. Gdy zjeżdżamy do miasta w kierunku synagogi, przejeżdżamy obok bramy miejskiej. Istniała tutaj od XV w. Obecna wersja pochodzi z 1724 r., kiedy to Sieniawscy widocznie dokonywali kompleksowych renowacji, swojej satanowskiej posiadłości. Wzniesiona na planie kwadratu, dwukondygnacyjna, z zachowanymi strzelnicami, na drugim piętrze, jak pisze Tokarski, rzeczywiście obramowane białym kamieniem. Nad fasadą ulokowana tarcza herbowa. (na zdjęciu wykonanym przez P. Lachowicza).
    Do Satanowa należałoby przyjechać co najmniej na pół dnia, aby spokojnie przejść się po tym miasteczku, najlepiej od zamku, w dół, w dolinę Zbrucza, następnie do synagogi, do bramy i wreszcie na kirkut. Nasz pobyt w Satanowie był zbyt krótki, by kusić się o poszukiwania jednego z dziwów tej miejscowości do jakich zaliczano w XIX w. pałac Stanisława Paca, którego trzy kondygnacje znajdowały się pod ziemią, a nad nią zaledwie jedna. Tutaj, również koło Satanowa, kończył się wał ziemny, który często historycy, szczególnie ukraińscy określają mianem wału Trajana.

    Trzecią miejscowością, którą grzechem byłoby ominąć podróżując doliną Zbrucza, jest z całą pewnością Sidorów. Jadąc z Satanowa przekraczamy Zbrucz w Husiatyniu i kierujemy się drogą na południe, prawym brzegiem, w kierunku na Skałę Podolską. Za Suchodołem, na pierwszej krzyżówce odbijamy w lewo w kierunku Zbrucza i dojeżdżamy do Sidorowa. Jest to w odległości 8 km od Husiatyna. Tutaj u ujścia potoku Suchodół i Słobódka położony jest Sidorów. W dwudziestoleciu międzywojennym liczył 2200 mieszkańców z tego ok. 1200 Polaków. Autokar zostawiamy przy kościółku Dominikanów Obserwantów, wzniesionym w 1714 r. Jego fundatorem był Marcin (potomek hetmana w linii bocznej też Marcina Kalinowskiego) i jego syn Ludwik.Kalinowscy. Kościółek zbudowano na planie herbu jego fundatorów Kalinowa (strzała na łęku z dwoma gwiazdami). Ostrzem strzały jest absyda, trzonem – prezbiterium z nawą, a dwoma gwiazdami dwie wieże fasady. Na zdjęciu fasada, czyli opierzenie strzały z dwóch stron ograniczone wieżami (herbowe gwiazdy). Trzeba przyznać, że jest to dosyć wyjątkowy przypadek założeń architektonicznych. Zupełnie niezamierzoną, tak jak kościół dominikanów, kompozycją jest zamek, którego grot strzały ma monumentalny charakter, drzewce z kolei ciągnie się wzdłuż grzbietu dominującego wzgórza, upierzenie natomiast sta-nowi najwyżej położoną część wzgórza, a zarazem zwieńczenie dziedzińca. Oczywiście doszukiwanie się w tym przypadku celowości założenia do herbu Kalina jest zbyt daleko idące, chociaż będąc na miejscu po prostu nie można oprzeć się takiemu wrażeniu, szczególnie gdy schodzi się do doliny Słobódki i widzi się zamek w całej okazałości. Historia Sidorowa związana jest z rodziną Kalinowskich. Twórcą potęgi te-go rodu był Walenty Aleksander, generalny starosta podolski. Opowiedzenie się po stronie Zygmunta III w czasie rokoszu Zebrzydowskiego otworzyło drogę kariery Kalinowskim. Walenty z żoną Elżbietą Strusiówną miał trzech synów, z których najmłodszym był właśnie przyszły hetman Marcin Kalinowski. Po śmierci obu braci został spadkobiercą całej rodowej fortuny. Tutaj w Sidorowie, na wzgórzu okolonym z trzech stron wodami potoków Słobódka i Suchodół (z czwartej strony, dostępu do zamku bronił głęboki przekop) posadowił zamek, jedną z ważniejszych siedzib rodowych. Budowę rozpoczął w 1640 r. W 1672 r. zamek został zdobyty przez Turków, ale już w 1673 odzyskany. Przez trzy lata dowódcą jego załogi był Jan Samuel Chrzanowski, znany później dowódca obrony Trembowli (kto wie, czy nie bardziej znaną jest jego żona Anna Maria Chrzanowska, której przypisuje się zażegnanie kryzysu obrony tej twierdzy podczas najazdu tureckiego w 1676 r.). Zniszczony zamek w XVIII wieku odbudował wspomniany wcześniej Marcin Kalinowski, fundator kościoła dominikanów (obydwaj fundatorzy spoczywają zresztą pod jegoż prezbiterium). Po śmierci Ludwika Kalinowskiego dobra sidorowskie odziedziczyła jego córka Tekla Bielska, a po niej jej córka Aniela Miączyńska. W ten sposób Sidorów wszedł w skład dóbr rodu Miączyńskich. Mąż Anieli, Ignacy, był znanym kolekcjonerem malarstwa, mówi się o kolekcji około 4000 obrazów. Stała się ona zresztą podstawą galerii Miączyńskich i Dzieduszyckich otwartej we Lwowie w 1911 r. Niestety w 30 lat później została ona rozprzeda-na (obecnie część z nich znajduje się w zbiorach na Wawelu oraz Muzeach Na-rodowych w Poznaniu i Warszawie.) Później przez krótki okres czasu należał Sidorów do Korytowskich, a następnie do Pajgertów. Ignacy Pajgert pozostawił zamek synowi Józefowi Kalasantemu, zapomnianemu dzisiaj malarzowi i po-ecie, który zgromadził tutaj dużą wielojęzyczną bibliotekę. Jego następcą był Adam, również poeta, bardziej znany jako tłumacz m.in. Byrona, czy Szekspira. W roku 1863 na zamku w Sidorowie odbyło się spotkanie Zygmunta Miłkowskiego (T. T. Jeż) – założyciel Ligi Polskiej z gen. Józefem Wysokim i E. Różyckim. Synowie Adama Pajgerta – Władysław (malarz), Jan Szczęsny (profesor prawa) i Kornel (ekonomista i bankowiec) raczej nie dbali o zamek, dlatego popadał w coraz większą ruinę. Po 17 wrześnie 1939 r. sowieci podjęli próbę zniszczenia zamku, jako symbolu feudalizmu. Jak chcieli tego dokonać do końca nie wiadomo. Czy rzeczy-wiście podjęli próbę wysadzenia zamku w powietrze? Z całym szacunkiem, ale jednak zniszczenia po użyciu materiałów wybuchowych byłyby widoczne. Sam zamek, jak pisze Tokarski: wzniesiony jest na planie wydłużonego prostokąta, którego krótsze boki wyłamywały się na zewnątrz i tworzyły anguły umocnione masywnymi bastejami, nad którymi wznosiły się trójkondygnacyjne baszty. Dłuższe mury boków osłaniały jeszcze trzy basteje: dwie od zachodu jedna po wschodniej stronie umocnień.

    Każdy wyjazd to nowe wrażenia, których nigdy nie odda opisywanie w formie sprawozdania. Trzeba przy okazji zaznaczyć, że literatura informacyjna, turystyczna, krajobrazowa, w ostatnich czasach wydatnie się powiększyła. Wspominany wcześniej przewodnik Jacka Tokarskiego, nadal będzie pozostawał głównym materiałem merytorycznej wiedzy na tym terenie. Z drugiej strony wydawany przez wydawnictwo Kluszczyński, cykl Kresy, zrobił niezwykłą robotę na rzecz popularyzacji kresów, w tym rzecz jasna ostatnie opracowanie właśnie pod tytułem Zamki i fortalicje. Dodatkowo Encyklopedie Kresów przygotowane przez to wydawnictwo w dwóch wersjach mimo, szeregu błędów są bardzo cennym nabytkiem. Prawie w każdym numerze kwartalnika „Cracovia Leopolis”, znajduje się słownik geograficzno-historyczny, w którym na bieżąco prezentowane są różne miejscowości kresowe.

    Organizowane przez nas wyjazdy mają swoją specyfikę. Nieraz przecież pakujemy się w miejsca, które mają przede wszystkim walor historyczny, a które pod względem turystycznym okazują się niewypałem, tak jak Mohylów Podolski, czy Bracław dwa lata temu. Z reguły przygotowanie logistyczne powierzamy firmie Janusza Obłąka „Veni Tour”, tak było i tym razem. Pełni miłych wspomnień z ubiegłego roku, przygotowujemy plan wyjazdu na ten rok, który ma się odbyć w dniach 9-16 lipca 2006 r. Bliższe informacje uzyskać można na naszej stronie internetowej: www.tpn.vt.pl.

Lucjan Fac


 

Copyright 2002-2006 TPN.vt.pl
code & design by Krzysztof Grządziel

Samochody | kopiarki | Wulkanizacja | Samochody